
W polskiej debacie publicznej ETS – europejski system handlu emisjami – urósł do roli wroga numer jeden. To przez niego, słyszymy to, że mamy drogi prąd, drogi gaz i problemy konkurencyjności.
Jest niewątpliwie, wygodnym chłopcem do bicia bo takim, który nie odda. Ale jeśli odrzucimy emocje i spojrzymy na fakty, szybko okaże się, że jego problem z nami, a właściwie, nasz problem z nim, leży zupełnie gdzie indziej.
ETS to Emissions Trading System, czyli system handlu uprawnieniami do emisji CO₂. Oficjalnie wystartował w 2005 roku, jako pierwszy tak duży mechanizm na świecie, ale jego geneza sięga jeszcze lat 90.
Inspiracją były doświadczenia ze Stanów Zjednoczonych, które wcześniej wprowadziły podobny system dla dwutlenku siarki (SO₂) (źródło: Acid Rain Program), żeby walczyć z kwaśnymi deszczami. Tamten eksperyment się sprawdził – emisje spadły szybciej i taniej niż gdyby państwo narzuciło sztywne regulacje. Unia Europejska uznała więc, że ten model można przenieść na CO₂, czyli główny gaz odpowiedzialny za zmiany klimatu.
Podstawy prawne ETS zostały spisane w Dyrektywie 2003/87/WE (źródło: Eur-Lex Europa), przyjętej w październiku 2003 roku. To oznacza, że już wtedy wiadomo było, że taki system wejdzie w życie dwa lata później. Polska wchodziła do Unii w maju 2004 roku, więc ETS był nam znany jeszcze przed akcesją – podpisując traktat akcesyjny mieliśmy świadomość, że ten mechanizm będzie nas obowiązywał. To nie była żadna niespodzianka.

Zasada ETS-u od początku była prosta:
Ten mechanizm redukcji – tzw. cap-and-trade – był wpisany w system od samego początku. Już w 2003 roku było wiadomo, że liczba uprawnień będzie stopniowo ograniczana, a więc ich cena nieuchronnie będzie rosła.
W praktyce oznaczało to jasny sygnał dla krajów członkowskich: macie kilkanaście lat, żeby przebudować swoje systemy energetyczne, bo od pewnego momentu koszty emisji będą boleśnie wysokie.
Efekt działania systemu był i jest przewidywalny: emisje są coraz droższe, a skoro emisje kosztują, to firmom bardziej opłaca się inwestować w czystsze technologie, niż kurczowo trzymać się spalania węgla czy ropy. Takie jest założenie…

Źródło: https://sandbag.be/2024/07/03/supply-demand-analysis-eu-ets/
Powód był jasny: walka ze zmianami klimatu i realizacja międzynarodowych zobowiązań. Już w latach 90. świat zaczął dostrzegać, że emisje gazów cieplarnianych trzeba ograniczać systemowo, nie tylko poprzez lokalne inicjatywy.
W 1997 roku podpisano Protokół z Kioto, w którym Unia Europejska zobowiązała się do redukcji emisji. Bruksela musiała znaleźć narzędzie, które będzie działało nie na papierze, ale w realnej gospodarce.
Opcji było kilka:

Wybrano trzecią opcję, bo miała kilka przewag. Po pierwsze, daje pewność co do ilości emisji – bo Unia ustala górny limit CO₂, którego nikt nie może przekroczyć. Po drugie, zostawia firmom elastyczność w sposobie działania. Unia nie mówi elektrowni: „masz zainstalować takie filtry” albo „masz kupić taki kocioł”. Mówi: „twoja emisja kosztuje – rób, co chcesz, ale albo ograniczaj, albo płać”.
W tym sensie ETS to taki rynkowy kij ekonomiczny. Nie wymusza konkretnej technologii, tylko stawia proste równanie:
Dzięki temu w całej Europie opłaca się zmieniać miks energetyczny i przemysłowy. I faktycznie – od wprowadzenia ETS emisje w sektorach nim objętych spadły już o kilkadziesiąt procent, co pokazuje, że mechanizm działa zgodnie z planem.
W niemalże całej Europie.
System ETS nie pojawił się nagle i nie był jednorazową decyzją „z dnia na dzień”. Był wdrażany etapami, z coraz większą precyzją i coraz większą restrykcyjnością.

Dodatkowo warto wiedzieć, czym właściwie jest ten MSR. To mechanizm bezpieczeństwa wprowadzony w 2019 roku, którego zadaniem jest reagowanie na nadwyżki lub niedobory uprawnień na rynku. Kiedy uprawnień jest zbyt dużo, część z nich trafia do rezerwy, dzięki czemu cena nie spada do zera jak w pierwszych fazach systemu. Gdyby natomiast zaczęło ich brakować, część można uwolnić. To taki „termostat” ETS-u, który pilnuje, żeby ceny były wystarczająco wysokie, by motywować do transformacji, ale jednocześnie nie wpadły w kompletny chaos. Takie narzędzie.

Polska wiedziała o ETS od samego początku.
Weszliśmy do Unii w 2004 roku, a system wystartował już w 2005. Podstawy prawne były spisane w 2003 roku, więc w momencie akcesji dokładnie wiedzieliśmy, że to narzędzie będzie wdrażane krok po kroku i że z czasem stanie się coraz bardziej kosztowne. ETS nie był nagłym pomysłem Brukseli ani niespodzianką – to była ewolucja rozpisana na dekady, z jasno zaznaczonym kierunkiem: emisje będą drożeć, a gospodarki muszą się transformować.
(Źródło: Climate EC Europa)
Choć w Polsce mówi się o ETS głównie w negatywnym tonie, ten system ma też wiele zalet, i to właśnie dzięki nim Unia Europejska zdołała w ostatnich dwóch dekadach obniżyć emisje szybciej niż większość świata. ETS bowiem:

Naturalnie system ETS ma też swoje ciemne strony. Po pierwsze, ceny CO₂ bywają bardzo zmienne. To giełdowy instrument finansowy, na który wpływ mają nie tylko realne emisje, ale też oczekiwania inwestorów czy spekulacja funduszy. Potrafi drożeć lub tanieć w krótkim czasie, co utrudnia stabilne planowanie.
Po drugie, ETS podnosi koszty energii i produkcji przemysłowej. Każda elektrownia, huta czy cementownia musi te koszty wliczyć w cenę swojego produktu, a więc końcowo płaci konsument. To szczególnie dotkliwe dla krajów, gdzie energia wciąż w ogromnym stopniu opiera się na paliwach kopalnych – bo tam koszt ETS jest proporcjonalnie wyższy.
Po trzecie, ETS wywołuje szok transformacyjny. Kraje, które zbudowały gospodarkę na węglu czy ciężkim przemyśle, odczuwają ten system boleśniej niż te, które wcześniej zainwestowały w czyste źródła energii i efektywność.

I tu dochodzimy do sedna. W Niemczech, Francji, Hiszpanii czy krajach skandynawskich wysoka cena CO₂ to problem, ale nie katastrofa. Dlaczego? Bo te państwa od lat konsekwentnie inwestowały w odnawialne źródła energii, modernizowały swoje sieci przesyłowe, wspierały innowacje przemysłowe i dbały o to, by gospodarka stopniowo stawała się mniej emisyjna (może czasem trochę bez pomysłu – patrz blackout w Hiszpanii, ale jednak). Dzięki temu dziś płacą za ETS dużo mniej w przeliczeniu na każdą megawatogodzinę energii.
Polska – odwrotnie. Przez 20 lat, niezależnie od tego, kto był u władzy, odkładaliśmy trudne decyzje. Trzymaliśmy się węgla jak jedynej gwarancji bezpieczeństwa energetycznego, zaniedbaliśmy rozwój OZE, nie budowaliśmy nowych źródeł gazowych, a modernizacja sieci przesyłowych i dystrybucyjnych szła ślamazarnie. W efekcie dzisiaj ETS nie jest przyczyną naszych problemów, tylko ich lustrem. Pokazuje brutalnie, że Polska nie zrobiła tego, co powinna była zrobić przez dwie dekady.
Dlatego cena emisji CO₂ w Polsce boli bardziej niż gdziekolwiek indziej w Europie. Bo zamiast rozłożyć transformację na lata i przygotować się na coraz droższe uprawnienia, postawiliśmy wszystko na węgiel – i teraz płacimy rachunek, który sam ETS tylko nam wystawia, a którego przyczyną są nasze własne zaniedbania.

Źródło: https://www.homaio.com/post/what-are-the-historical-eua-financial-returns
Czy Polska mogłaby wyjść z ETS? Odpowiedź brzmi: NIE. System ETS nie jest dobrowolnym mechanizmem, do którego można się zapisać albo z którego można się wypisać. To element unijnego prawa, zapisany w dyrektywach i rozporządzeniach, które obowiązują wszystkie państwa członkowskie w równym stopniu.
Jedyny realny sposób, by „uciec” z ETS, to opuścić Unię Europejską. Wtedy Polska przestałaby być związana wspólnymi regulacjami klimatyczno-energetycznymi, ale ceną byłoby całkowite wyjście ze wspólnego rynku, utrata funduszy unijnych, swobodnego handlu i dostępu do europejskich mechanizmów wsparcia. Krótko mówiąc: koszt takiego ruchu byłby wielokrotnie wyższy niż koszt uczestnictwa w ETS.
A co z pomysłem „czasowego zawieszenia” albo „odmrożenia darmowych uprawnień”? Tego typu propozycje Polska zgłaszała wielokrotnie, szczególnie w okresach kryzysu energetycznego. Komisja Europejska była jednak jednoznaczna: ETS musi być wspólnym systemem, bo inaczej cały mechanizm by się rozpadł. Gdyby jedno państwo przestało stosować ETS, firmy natychmiast zaczęłyby przenosić produkcję tam, gdzie jest taniej, a to zburzyłoby konkurencyjność wewnątrz Unii.

W praktyce próba samodzielnego wyjścia z ETS oznaczałaby szybki pozew przeciwko Polsce w Trybunale Sprawiedliwości UE, gigantyczne kary finansowe oraz potencjalne wstrzymanie unijnych funduszy. Zamiast zyskać, stracilibyśmy podwójnie: płacąc kary i jednocześnie tracąc środki, które dziś finansują naszą modernizację energetyki (np. miliardy euro z Funduszu Modernizacyjnego, które są bezpośrednio powiązane z systemem ETS).
Dlatego dyskusja o wyjściu z ETS jest bardziej politycznym hasłem niż realnym scenariuszem. Nie ETS jest problemem, ale to, że Polska przez dwie dekady nie przygotowała się do gry według zasad, które znała od samego początku.
ETS to tylko narzędzie. Ani dobre, ani złe samo w sobie. Został zaprojektowany tak, żeby emisja CO₂ z roku na rok stawała się coraz droższa, a więc żeby firmy i państwa miały motywację do inwestowania w czystą energię i nowoczesne technologie. I w całej Europie dokładnie tak to zadziałało – kraje, które potraktowały ETS poważnie, zaczęły transformację wcześniej i dziś płacą mniej.
Problem w Polsce polega na tym, że przez 20 lat nie inwestowaliśmy w tempo potrzebne, by być dziś po bezpiecznej stronie. A co gorsza – nawet pieniądze, które dzięki ETS trafiały do naszego budżetu, nie zostały wykorzystane tak, jak powinny.

Mechanizm jest prosty: firmy energetyczne i przemysłowe kupują uprawnienia EUA na aukcjach organizowanych przez giełdę EEX. Zyski z tych aukcji wracają do krajów członkowskich – w Polsce trafiają do KOBiZE (Krajowy Ośrodek Bilansowania i Zarządzania Emisjami: https://www.kobize.pl/), a potem do budżetu państwa. Zgodnie z unijnymi zasadami, co najmniej 50% tych środków powinno być wydawane na transformację energetyczną i cele klimatyczne – np. na modernizację sieci, wsparcie OZE, termomodernizację budynków, dopłaty dla przemysłu energochłonnego czy rozwój innowacyjnych technologii.
Ile tego było? Sporo. W latach 2013–2022 Polska zarobiła na sprzedaży uprawnień ETS ponad 70 miliardów złotych (źródło: NIK.gov.pl). To budżet, za który można by zbudować kilkanaście dużych elektrowni gazowych, setki farm fotowoltaicznych i wiatrowych czy gruntownie zmodernizować system ciepłowniczy w większości polskich miast albo zbudować już jakiś czas temu chociaż jedną elektrownię atomową.
Problem w tym, że znaczna część tych środków nie trafiła na transformację energetyczną, tylko została wykorzystana do łatania dziury w budżecie państwa. Owszem, część wydatków poszła na programy proklimatyczne, ale spora pula zasiliła wydatki bieżące – pensje, transfery socjalne, bieżące koszty państwa. Innymi słowy: pieniądze, które miały nas chronić przed rosnącymi kosztami emisji, w dużej mierze zostały przejedzone.
I tu jest sedno sprawy. ETS nie jest winny temu, że płacimy dziś za CO₂ więcej niż inni. Winne jest to, że mieliśmy narzędzie, które mogło sfinansować transformację, a przez dwie dekady nie wykorzystaliśmy go z należytą determinacją. Kraje, które inwestowały – jak Niemcy, Dania czy Hiszpania – dziś odczuwają ETS w mniejszym stopniu, bo ich miks energetyczny jest mniej emisyjny. Polska – która pieniądze z ETS w dużej części roztrwoniła – stoi dziś w miejscu i płaci rachunek za własną bezczynność.
ETS nie jest problemem. Problemem jest brak decyzyjności.
Od 2005 roku wiedzieliśmy, że ten system będzie coraz bardziej restrykcyjny. Mieliśmy dwie dekady, by przygotować energetykę i przemysł. Zamiast tego mieliśmy kolejne rządy, które odkładały trudne decyzje.
Dlatego dziś to nie ETS trzyma Polskę w potrzasku, tylko nasze własne zaniedbania.

Nie mniej, podsumowując ten artykuł w całość, istnieją dzisiaj na rynku energii rozwiązania, które mogą pomóc Ci się poruszać po nim najbardziej efektywnie, mądrze i możliwie najkorzystniej.
Wszystkie te narzędzia oraz zmiany związane z ich wprowadzeniem możesz w większości zrealizować szybko i niemalże bez kosztowo w swojej firmie. Jeśli chcesz sprawdzić co da się zrobić abyś płacił mniej za faktury dotyczące energii i gazu w Twojej firmie – odezwij się do naszych Doradców Energetycznych STAY Green.
EU ETS (European Union Emissions Trading System) to system handlu uprawnieniami do emisji CO₂. Każda tona CO₂ wymaga uprawnienia EUA, które ma rynkową cenę. Im wyższa cena CO₂, tym wyższe koszty wytwarzania energii z paliw kopalnych (zwłaszcza węgla). W Polsce, gdzie miks energetyczny wciąż jest wysokoemisyjny, koszt ETS istotnie podbija hurtowe i detaliczne ceny energii. W krajach o większym udziale OZE/gazu wpływ ETS na rachunek końcowy jest mniejszy, bo emisji na MWh jest mniej.
Uprawnienia EUA są sprzedawane na aukcjach; wpływy trafiają do państw członkowskich (w Polsce przez KOBiZE do budżetu). Zgodnie z zasadami UE co najmniej 50% przychodów powinno iść na transformację energetyczną (OZE, modernizacja sieci, efektywność energetyczna, wsparcie przemysłu energochłonnego). Dodatkowe strumienie to m.in. Fundusz Modernizacyjny i Fundusz Innowacyjny. Im więcej środków realnie kierujemy na obniżanie emisyjności, tym mniejsza ekspozycja firmy i gospodarki na rosnące koszty CO₂.
Cena EUA jest rynkowa (giełdy EEX/ICE) i reaguje na popyt/podaż, politykę, koniunkturę oraz pozycje inwestorów. W system wbudowano Linear Reduction Factor (LRF) – co roku jest mniej uprawnień – oraz Market Stability Reserve (MSR), która odciąga nadwyżki uprawnień z rynku (lub uwalnia część, gdy jest deficyt). Efekt: długoterminowo trend wzrostowy (mniej uprawnień), krótkoterminowo zmienność (rynek finansowy, regulacje, pogoda, popyt na energię).
Nie – ETS to część prawa UE i obowiązuje wszystkie państwa członkowskie. Jednostronne „wyjście” oznaczałoby spór przed TSUE, kary i ryzyko utraty środków unijnych. Realnie to możliwe tylko razem z wyjściem z UE. Dodatkowo od 2027 r. wchodzi ETS2 (transport i budynki), co poszerzy zasięg polityki cenowej CO₂. Wniosek: droga ucieczki nie istnieje; potrzebna jest redukcja emisyjności i mądre zarządzanie ryzykiem.
Klucz to zmniejszyć emisję na MWh i zabezpieczyć koszty:
– audyt i efektywność energetyczna (procesy, automatyka, odzysk ciepła),
– OZE on-site/off-site, kontrakty PPA/VPPA, gwarancje pochodzenia,
– DSR/flex i profilowanie zużycia (przesuwanie poboru na godziny z tańszą energią),
– elektryfikacja procesów, zamiana paliw, ciepło sieciowe niskoemisyjne,
– polityka zakupowa: indeksowane/hedging energii oraz (jeśli dotyczy) EUA,
– negocjacja klauzul w umowach (wolumeny, profile, mechanizmy korekt).
STAY Green pomaga to policzyć i wdrożyć w praktyce.
Jeśli zainteresowały Cię informacje w tym artykule i chcesz sprawdzić możliwość wykorzystania ich w swojej firmie – skontaktuj się z zespołem STAY Green
Napisz do nas wiadomość
Odezwiemy się do Ciebie

Już teraz
zapoznaj się z naszą Księgą Kompetencji i sprawdź w czym możemy Ci pomóc i w jakich obszarach możemy współpracować:
Kliknij link -> Księga Kompetencji
Stay Group to firma, która jest wynikiem wieloletnich doświadczeń w zakresie wspierania efektywności energetycznej przedsiębiorstw, sprzedaży oraz zarządzaniu. W ramach Grupy, utworzyliśmy marki, w których dzielimy się naszą wiedzą i podejściem.
Wspieramy naszych Klientów w dążeniu do niezależności energetycznej w ich przedsiębiorstwach, niezależności w podejściu do biznesu oraz dostarczamy materiały według naszej Filozofii niezależnego myślenia.
Stay Green – Niezależna energia
Stay Green to jedna z marek Stay Group, odpowiedzialna za wsparcie Klientów biznesowych na rynku energii elektrycznej oraz gazu.
W naszej pracy dążymy tego, aby wskazać naszym Klientom sposoby na zredukowanie ich zależności od sieci elektroenergetycznej oraz tym samym wysokości opłat i faktur, które w ramach tej struktury otrzymują.
Stay Blue – Niezależny biznes
Stay Blue to jedna z marek Stay Group, w ramach której dzielimy się z naszymi Klientami wiedzą i wspieramy ich w zakresie rozwoju ich działów sprzedaży.
Korzystając z wieloletnich doświadczeń stworzyliśmy modele współpracy, które pomagają firmom realizować cele sprzedażowe – od zmian i szkoleń w działach sprzedaży do możliwości wynajęcia profesjonalnych handlowców w ramach usługi Closer-as-a-service.
Stay Inspired – Filozofia Niezależnego Myślenia
Stay Inspired to nie marka, to filozofia naszej firmy. Stay Inspired to wynik naszych doświadczeń, obserwacji oraz chęci podzielenia się nimi ze światem.
Na początku to był materiał wewnętrzny, teraz, po kilku latach nabrał formuły, którą postanowiliśmy się dzielić z szerokim gronem odbiorców.
Zapraszamy na nasz YouTube: @STAYGroup
Dlaczego my?
Stay Group to dzisiaj Partner biznesowy i pozabiznesowy dla wielu naszych Klientów. Wierzymy w długoterminowe relację i dobrą współpracę dla każdej ze stron.
Zapoznaj się z naszymi materiałami i zapraszamy do kontaktu.
Zarządzanie energią | Optymalizacja kosztów energii | Doradztwo w sprzedaży | Odnawialne źródła energii (OZE) | Sesje doradcze | Rozwój biznesu | Transparentność w biznesie | Niezależne myślenie | Partnerzy biznesowi | Negocjacje umów energetycznych
